powrót do str. główej
menu wypraw...
Bali maj'2008
(opis, galerie 1, 2, 3, 4, 5.)
Egipt, CMAS P1
wrzesień '2008
(opis, galerie 1, 2, 3.
wcześniejsze wyprawy...

Bali maj'2008

Widzieliśmy Mola Mola!!! Reszta też piękna, ale widzieliśmy Mola Mola!!! Mooola Mooola !!! Oczywiście nie wszyscy, ale czyż jest sprawiedliwość na świecie?! Zawsze byli równi i równiejsi, zawsze znajdą się przyjaciele Królika, nawet wśród nurków. Jedni wpadają do wody na pierwszym nurkowaniu na Bali i od razu widzą to coś sprzed dwóch milionów lat, inni nurkują dłużej, głębiej, szybciej ale nie mieli okazji zobaczyć tej ryby. Rodzinom R i S, pływającym na jednej łodzi to szczęście dopisało. Podzielili się emocjami z całą resztą ekipy, przy wieczornej szklaneczce Burbona. Mola Mola to Samogłów, gigantyczna oceaniczna ryba. Jej długość sięga 2,5 metra a masa 2 ton. Jej kształt przypomina głowę ryby bez ogona. Samogłów może być tak wysoki, jak jest długi. To najbardziej płodny gatunek wśród przedstawicieli ichtiofauny. Jednorazowo składa do 300 milionów ziaren ikry. Mieszkaniec wód strefy ciepłej i umiarkowanej. Duże osobniki żywią się głównie drobnymi skorupiakami i głowonogami. Mięso uznaje się za niejadalne a wnętrzności zawierają koncentrat Neurotoksyny, tetrodotoxiny i są trujące. Nazwa tej ryby w innych krajach odnosi się najczęściej do jej kształtu określając ją jako: rybę-słońce (np. sunfish) lub częściej jako rybę-księżyc (np. moonfish, mondfisch, pesce-luna, poissson lune, łuna-ryba). Jednak nazwa łacińska pochodzi od nazwy młyńskiego koła.

Ale od początku ...

Jak wyprawa organizowana jest przez Zespół Nowej-Amy, to gdzie się spotykamy ...? Oczywiście, że 'pod szybowcem' na terminalu 1 lotniska Okęcie. Z całą premedytacją piszę o terminalu pierwszym, bo nie jest on już jedynym na lotnisku. Mieliśmy okazję przetestować wylot z nowo otwartego terminala drugiego. Lot do Londynu był wcześnie rano, więc niewiele w nim się działo. Śniadanie Polskie Linie Lotnicze podały i na tym powinienem poprzestać opisywanie tego krótkiego rejsu na Heatrow. Wszyscy w świetnych humorach, bo wszakże to początek naszej balijskiej przygody. W tak długim podróżowaniu samolotami proponuję rozpocząć urlop w momencie pierwszego startu z Okęcia, a nie po przylocie na miejsce. Wtedy będziecie mieli jeszcze dodatkowe trzy dniu urlopu! Londyńskie lotnisko nie zachwyciło nas niczym. Bo ścisk, hałas i długa kolejka startujących samolotów. Wypiliśmy kawę, niektórzy zjedli cheeseburgera i czas było na pokład Boeninga 747 linii Malasyas, który miał z nami przelecieć do Kuala Lumpur, stolicy Malezji. i czas było na pokład Boeninga 747 linii Malasyas Jambo Jet rzeczywiście robił wrażenie swoimi gabarytami. Ponieważ lecieliśmy na wschód, czyli na spotkanie nocy, całkiem szybko zrobiło się ciemno. Catering na pokładzie dobry, jak to na znanym filmie, śniadanie jem na kolację, przez to mogę wcześniej wstać. Różnice czasowe jeszcze nie dają znać o sobie, ale wiemy, że w Kuala Lumpur jest 6 godzin do przodu. To śmieszne uczucie, jedząc o pierwszej czasu londyńskiego lunch, który w Kuala Lumpur byłby kolacją, jedzoną ok. 19.oo. A co z tymi co starają się nie jeść kolacji? Siedzisz i rozmyślasz... A zegarek kiedy przestawić? Może w połowie lotu, tak gdzieś nad Indiami? A kiedy będzie śniadanie, chyba wychodzi w środku nocy? Kto normalny je w środku nocy?! Takie rozmyślania towarzyszą nam przez dwanaście godzin lotu dalekiej wyprawy. Lądujemy w Kuala. Krótka narada i ruszamy niekończącymi się ruchomymi chodnikami do metra (!), które jeździ między terminalami. Później szybką koleją do centrum. Rozglądamy się z okien, bo chcielibyśmy jak najszybciej zobaczyć ponad czterystumetrowe wieże Petronas Tower, cel naszego pobytu w stolicy Malezji. Petronas Twin Towers - bliźniacze wieże o wysokość 452 m. Są to jedne z najwyższych budowli (wież) świata. Wieżowce z Malezji zachowały tytuł najwyższych bliźniaczych wież świata i budowli zbudowanych przed końcem XX wieku. Wieże Petronas Towers były najwyższymi budynkami świata (nie licząc iglicy) od roku 1998 do 2004. Dwa drapacze chmur są połączone mostem o długości 58 m na poziomie 41. i 42. piętra. Wieże zaprojektował argentyński architekt César Pelli. Mający 88 czterometrowych pięter nad ziemią i 4 piętra pod ziemią wieżowiec został ukończony w 1998 roku. Zbudowany jest głównie ze wzmocnionego żelbetonu, elewacja wykonana jest ze szkła i stali. Wieże zbudowano na miejscu dawnego toru wyścigowego. Twarda skała jest w tym miejscu osadzona bardzo głęboko, przez co budynek posiada prawdopodobnie najgłębsze fundamenty na świecie, sięgające na około 120 metrów w głąb ziemi i wymagające ogromnych ilości betonu. Nietypowym posunięciem było wynajęcie dwóch różnych firm do budowy obu wież. Konkurencję wygrała firma Samsung Constructions odpowiedzialna za Wieżę 2, mimo że zaczęli miesiąc później od budowniczych wieży 1, firmy Hazama Corporations, mimo że później wystąpiły problemy z odchyleniami wieży od idealnego pionu (o ok. 25 mm). Wieże zostały zbudowane na planie dwóch betonowych rdzeni ze wzmocnionego betonu o wymiarach 23 x 23 metry otoczonych kręgiem bardzo wysokich kolumn, na których oparła się konstrukcja budynku. chcielibyśmy jak najszybciej zobaczyć ponad czterystumetrowe wieże Petronas Tower Architektura wież nawiązuje do sztuki islamskiej, co wiąże się z tym, że głównym wyznaniem na Malezji jest Islam. Obie wieże mają łącznie 76 wind, do transportu używanych jest 29 dwupoziomowych wind i 10 ruchomych schodów, poza tym obie wieże na wysokości 41 i 42 piętra, czyli na wysokości 170 metrów połączone są ze sobą zewnętrznym mostem o długości 58,5 m. Windy zabierają jednorazowo 26 osób. Przy budowie wież pracowało do 7 tys. robotników jednocześnie, którzy zużyli 160 tys. m3 betonu, 77 tys. m3 nierdzewnej stali, 208 pali długości 208 m każdy, pokrytych płytą żelbetową o grubości 4,5 m. Budynki posiadają łącznie 65 tys. m2 szyb co daje liczbę 32000 okien. Aby umyć każdą wieżę tylko raz potrzeba około miesiąca. Nie tylko my wyznaczyliśmy sobie takie cel zwiedzania, bo po dotarciu taxóweczkami do kas Sky Bridge okazało się , że najwcześniejsze bilety można kupić na 17.30 cz.m. niestety nie spędzimy tyle czasu w tym mieście.

Idziemy na spacer w kierunku drugiej słynnej wieży - Menara, która jest najwyższą wieżą w południowo-wschodniej Azji i czwartą co do wysokości wieżą na świecie, wyższe są tylko: 553 metrowa CN Tower w Kanadzie, 537 m Ostankino Tower w Rosji i 468 m Shanghai Tower w Chinach. Trzon wieży zbudowany z pionowych żeber ma od 24,5 do 13,6 metrów średnicy. Grubość ścian trzonu od 1,4 do 0,6 metra. Fundamenty są wkopane 17 m pod ziemię, a ich maksymalna średnica wynosi 54 m. Do przemieszczania się w wieży służą m.in. 4 windy oraz schody z 2058 stopniami. Masa użytego cementu to 45 000 m3, wzmocnień 5 300 ton, stali 11 300 ton. Całkowita waga wieży wynosi ok. 100 000 ton. Wieżę można podzielić na 5 głównych części: 1) podstawa, 3 piętra na których znajdują się pomieszczenia dla obsługi oraz magazyny; 2) budynek turystyczny, znajdują się tu biura administracyjne, sklepy z pamiątkami oraz basen; 3) trzon wieży, składający się z 22 pięter z windami i schodami; 4) głowa wieży; 5) maszt antenowy. "Głowa" ma 6 pięter i maksymalnie 50 metrów średnicy, znajdują się tam restauracja, platforma widokowa na wysokości 276 metrów, stacja nadawcza oraz pomieszczenia techniczne i usługowe. Budowla została zaprojektowana tak aby oprzeć się wiatrom wiejącym z siłą do 150 km/h. Tu oglądamy wspaniałą panoramę miasta. Podziwiamy widok z opisanego wcześniej tarasu widokowego, chyląc głowy przed widoczną gołym okiem potęgą gospodarczą malezyjskiego królestwa. W tarasu doskonale widać 'Petronasy', nie widać niestety toru F1. Można z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że 'z góry' ustalamy kolejny cel naszego zwiedzania - China Town. kolejny cel naszego zwiedzania - China Town. Oooo, tam się dzieje. Oryginal Copy to jedyne hasło reklamowe tej dzielnicy. A teraz Drogi Czytelniku pomyśl sobie dowolną markową rzecz, jaką chciałbyś mieć...? Trzeba było dac mi znać, przewiózł bym Ci to za 20$. Idziemy na wystawne chińskie żarcie i oczywiście miejscowe piwo. Po obiedzie czekały na nas umówione taxówki i wróciliśmy na dworzec, skąd Expressem przejechaliśmy na lotnisko. Czekał nas ostatni, trzy-godzinny lot na bajkową wyspę Bali.

W Denpasar na lotnisku, czekają już nasi przewodnicy. To bardzo przyjemne uczucie zobaczyć po tylu godzinach podróży karteczkę z napisem: Nova-Amma, czy jakoś tak. Pakujemy się do busików i lewą stroną jedziemy do hotelu Laghawa. Jest już ciemno, ale godzina wczesna. Bierzemy klucze do pokoi i każdy zaciekawiony rusza na swoją kwaterę. Pokoje dwuosobowe z klimą, łazienką, bekonem (taka mała jaszczurka) i karaluchem w wersji Comfort. Tak więc wszystko, co potrzebne na urlopie w Azji. Krótki prysznic, zabić karalucha, jaszczurkę poprosić, żeby wyłapała inne insekty, buteleczka whisky do ręki i idziemy poszukać u kogo jest największy taras, tak żeby mogła usiąść cała nasza grupa i wznieść toast za udaną podróż. Okazuje się, że największy taras był przy pokoju 'dzieci'. Dzieci mi wybaczą, że nazywam Je 'dziećmi'. Ponieważ zaczęliśmy wszyscy odczuwać zmianę czasu, po dokonaniu toastu powiedzieliśmy sobie dobranoc i każdy rozszedł się w swoją stronę. Wieczorem nie było sensu zwiedzać okolicy bez rozpoznania, więc tylko kąpiel w basenie i spać. Rano, tradycyjnie przed śniadaniem odbyła się odprawa w przepięknie rzeźbionej 'jadalni'. Na śniadanie trafiła się niektórym jajecznica z czosnkiem, no ale takie są uroki zwiedzania dalekich krajów. Po posiłku spakowany sprzęt, oraz nas samych busy zabrały do miejsca, gdzie czekały łodzie. Trochę niewyspani, ale pełni humorów zwiedzamy ten świat. Przepiękne głębokie kolory, nawet widziane i opisywany przez daltonistę, zachwycały wszystkich. Błękit oceanu, piasek, palmy, kolorowe łodzie... Cały turnus był podzielony na grupy, które miały realizować ten sam program nurkowy, ale w innym czasie. Wsiadaliśmy grupami do łodzi, które rozpłynęły się na różne miejsca nurkowe i wtedy niektórzy widzieli Mola Mola. Nie to, żebym im zazdrościł... :) Ocean wymusza respekt. Piękny i groźny zarazem. Ilość ryb, kolory, formacje dna, wszystko robi ogromne wrażenie. Daliśmy po dwa nurki, przedzielone lunchem na łodzi i powrót. To chyba czuje się pierwszego dnia urlopu. Ponieważ powrót zajął ok. dwóch godzin, myśli błądzą pod czaszką. Obserwowane widoki, jak tu pięknie i jak mi szkoda tych ludzi z którymi jeszcze trzy dni temu musiałem pracować na chwałę firmy. Oni siedzą za swoimi biurkami a ja podziwiam bezmiar oceanu, pozwalając ochlapać się bryzie całkiem sporych fal. Budują coś, ktoś dostał maila, coś gdzieś zaginęło, a tu bryza, ciepłe żółte zachodzące słońce, szum dwóch 150-konnnych silników... szum 150-konnnych silników... obowiązkowo każdy idzie na masaż... Wracamy do hotelu, obowiązkowo każdy idzie na masaż. Niech ktoś nie myśli, że ręce starszych pań, które nas masują są słabe i schorowane. Potrafiły naciśnięciem wydobyć niejeden jęk z polskich gardeł. To wspaniały półgodzinny relaks za, w przeliczeniu ok. 8$ bez większego targowania. Później zbiórka i wyjście do restauracji. A tam królują krewetki królewskie, banany w cieście z miodem, zupa o dziwnej nazwie (pyszna), mięso, orzechy, smażone ryby, bardzo ostra, wręcz ognista zupa warzywna etc, etc. Jemy do syta, delektując się zamawianymi potrawami i popijając lokalne piwo 'Bintang'. Kuchnia wyśmienita, każdy znajdzie coś dla siebie. Po kolacji wracamy nieśpiesznym krokiem zakupując sobie po zegarku. Tu też każdy znajdzie coś dla siebie, od Omegi po Patek Phillipe, czy Tag Heuer. Drugi dzień to słynne Manta Point. Ale nie dla wszystkich. Wybraliśmy się na wycieczkę po okolicy pożyczonym skuterkiem. Wszystko świetnie, tylko ta jazda po lewej stronie. W jeden dzień nie można się przyzwyczaić. Tu nawet trzeba pokonać odruchy, gdy przechodzi się przez ulicę, a co dopiero jazda jednośladem. Odważnym polecam! Zwiedzamy muzeum narodowe Bali, oglądamy okolicę, wszystko tętni życiem. Zabłądziliśmy trochę, ale ponieważ benzyny jeszcze było sporo, traktowaliśmy to jak kolejny etap wycieczki. Wspaniałe słońce, ciekawa architektura, tylko nie mogłem poczuć wiatru we włosach ? Wieczorem... no oczywiście na masaż, shopping, a później wypasiona kolacja. Ponieważ jesteśmy już drugi raz w restauracji, każdy teraz zgrywa znawcę kulinariów z Bali.

Kolejny dzień to film drogi. Przemieszczamy się po śniadaniu na drugą stronę wyspy, zaliczając po drodze kilka atrakcji. Rafting, małpy, świątynia hinduska, plantacja kawy, shopping w takiej właśnie kolejności. Ale po kolei. Dojechaliśmy autobusem w górę rzeki, tam podzielenie na sześcioosobowe załogi zaokrętowaliśmy się na pontony i ruszyliśmy z nurtem. Przewodnicy okazali się być wyluzowanymi młodzianami, którzy zapewniali nam przez całą podróż rozrywkę. A to 'zabili' wiosłem ogromną anakondę, a to ochlapali własną lub inną załogę, śpiewali, tańczyli, dyrygowali i dyktowali tempo wiosłowania. Do tego wprowadzili ducha rywalizacji, która załoga szybciej przepłynie dane spiętrzenie wody. Wspaniały przełom rzeki Ayung, dżungla widziana od środka. Przepływaliśmy zarówno przez dzikie zakątki lasu, jak i obok jakiegoś hotelu. W połowie spływu, przy atrakcyjnym uskoku, pan fotograf zarabiał swoją dniówkę. Tylko to było podobne do naszego rodzimego Dunajca. Wspaniały przełom rzeki Ayung Mijamy też wysoki, malowniczy wodospad, pod którym obowiązkowo sami robimy sobie foty. To niełatwe ustać pod tak ogromnym naporem wody, spadającej na ciebie z wysokości na oko trzeciego piętra. Kończymy spływ wpław, wyskakując z pontonów i dając się nieść w kapokach przez silny prąd rzeki. Na końcu czeka nas wystawny lunch, oczywiście podawany na liściach bananowca. Najedzeni, napojeni ruszamy pod górę, dosłownie przeciskając się przez tłum sprzedających różne pamiątki. Były tam ogromne drewniane słonie, rzeźbione figurki bogów, kości do gry, wachlarze, serwety, obrusy, pudełka, rzeźbione pałeczki do jedzenia, drewniane krokodyle, małpy, pamiątkowe koszulki, zegarki (te akurat kupiliśmy wcześniej) i wiele, wiele innych rękodzieł. Wszystko po 1 $. Absolutnie wszystko. Trochę to przypominało sklep - wszystko po 4,50, tylko biorąc kurs dolara, wszystko powinno być po 2,20. Ależ ci Balijczycy, to marketingowy naród. Na górze okazało się, że ten wspomniany 1$ to za oglądanie i wzięcie do ręki, właściwa cena jest zupełnie inna i powiedzmy szczerze, bardziej adekwatna nawet do samego kosztu użytego materiału. Ale u niektórych, drewniany słonik wielkości średniego pudla został już na stałe. Bierzemy prysznic, przebieramy się w suche ciuchy i jedziemy do małpiego raju. Tam, jak sama nazwa wskazuje, małpy mają raj. małpy mają raj.... Kto pamięta wstrętne czasy stanu wojny polsko- jaruzelskiej, gdzie statek z bananami już płynął do Polski? A później kolejki po te banany. A tu małpy patrzą z obrzydzeniem, jak kolejna grupa turystów usiłuje im wepchnąć, te żółto zielone zakrzywione owoce. Patrzą się z politowaniem, na wielkich homo sapiens, którzy nawet na drzewo już nie umieją wejść. Jedne znudzone oglądaniem coraz to nowych turystów, inne z zaciekawieniem rozróżniają rasy ludzi, bo to i Amerykanie i Japończycy, jeszcze inne zajęte wychowaniem małych albo wyrywaniem z rąk wszystkiego co się da i ucieczką na najbliższe drzewo. Tak naprawdę, to nie wiem, kto tu, dla kogo był i kto, kogo oglądał? Niektóre przyjazne, niektóre reagowały agresją, niewątpliwie niedaleko nam do nich. Czas płynie, więc ładujemy się do autobusu i ruszamy w dalszą drogę w strugach wody lejącej się z klimatyzatora na pasażerów ?, tak jakbyśmy mieli jej mało. Nie znam się na klimie, ale zawsze mam szczęście być tam, gdzie co najmniej nie powinno mnie być. Oczywiście usiedliśmy pod wspomnianym klimatyzatorem i gdy tylko autobus nabrał lekkiego przechyłu, chlusnęła na nas woda. Zdziwieni byli nawet nasi miejscowi przewodnicy...

Kolejny przystanek to świątynia hinduska. Obowiązkowo ubieramy się w sarongi, takie chusty, którymi zostajemy przewiązani. Jak rzadko w Azji, sarongi są nam wypożyczone i nie ma większych nacisków na sprzedaż. Na Bali, przed wejściem do świątyń buddyjskich i hinduistycznych biodra obowiązkowo owija się sarongiem (udostępniany na ogół bezpłatnie) – tak brzmi oficjalny przekaz z przewodnika po Bali. Zwiedzamy świątynie w której każdy z bogów ma swój domek. Religia w Indonezji rozkłada się następująco: wolność religijna jest gwarantowana przez konstytucję, ale rząd oficjalnie uznaje tylko sześć religii: islam, protestantyzm, katolicyzm, hinduizm, buddyzm i konfucjanizm. Najwięcej mieszkańców wyznaje islam (86%). Pozostali to głównie chrześcijanie (11%), hindusi (2%) i buddyści (1%). Balijczycy otaczają wodę szczególną troską i czcią, używają jej we wszystkich religijnych rytuałach. Odłam hinduizmu wyznawany na Bali to Agama Tirtha, czyli Religia Świętej Wody - mieszkańcy wierzą, że staw lub fontanna jest źródłem życiowej energii i szczęścia. Agama Tirtha (religia świętej wody), Agama hindu dharma, Agama Hindu Bali - odmiana hinduizmu, która zachowała się do tej pory na indonezyjskiej wyspie Bali. Wchłonęła wiele elementów buddyzmu oraz animistycznych kultów lokalnych. W porównaniu z hinduizmem indyjskim wykazuje pewne różnice: z jednej strony stosunkowo nikła percepcja pewnych idei (np. reinkarnacji, z drugiej - zachowanie pewnych elementów, które w Indiach uległy zanikowi np. kult Waruny, (Waruna - hinduistyczny bóg nieba i deszczu.) Poświęcono mu tysiące hymnów w Rygwedzie. Był jednym z najważniejszych bogów okresu wedyjskiego oraz prawedyjskiego w Indiach. Był przedstawiany jako wszechmocny i wszechwiedzący. Odpowiedzialny był za wędrówkę słońca po niebie, rozdzielność dnia i nocy, zachowanie formy przez Ziemię, znał lot każdego ptaka i każdą ludzką myśl. Jego imię oznacza 'tego który wszystko przykrywa' i jest powiązane z niebem i wodą. To strażnik siły zwanej rta, odpowiedzialnej za istnienie wszystkiego zgodnie ze swym porządkiem. Kolejny przystanek to świątynia hinduska... Waruna jest jednym z assurów, jego pochodzenie wywodzi się z okresu gdy assurowie byli jeszcze postrzegani jako mniej demoniczne a bardziej boskie istoty. Jest powiązany z Mitrą, Agni, Somą i Wrytrą. Jednak jego demoniczny aspekt jest silnie zaznaczony. Pokazywano go w złotej zbroi, ujeżdżającego Makarę, wodnego potwora, dzierżącego lasso z węża. Chroni on kosmiczne wody, otwierając niebo by wypuścić deszcz. Jest surowym strażnikiem porządku, stosującym dość drastyczne metody karania tych którzy go naruszają. Dzieli przez to swą pozycję z Jamą, bogiem śmieci, jednak może też zsyłać nieśmiertelność. Władza Waruny została podważona przez Indrę, wkrótce potem gdy pokonał on Wrytrę, smoczego złodzieja kosmicznych wód. Rola Waruny osłabła razem z wzmocnieniem kultu Śiwy i Wisznu. Jego echem jest bóg Ahura Mazda (Ormuzd) w mitologii zoroastryjskiej.) Dewa Baruna (boga wody) i system czterech warn. Najwyższym bóstwem jest Sanghyang Widy Wasa, pojmowany/-a w sposób panteistycznym, którego manifestacjami są bogowie i boginie hinduskie, z których największą popularnością cieszy się Śiwa, następnie Dewi Sri (bogini urodzaju), Dewa Baruna (bóg morza). Poza tym czczona jest cała rzesza bóstw miejscowych, duchów gór, rzek, drzew itd. To wszystko prawda. Wsiadamy na łódź a załoga składa ofiarę za pomyślny rejs, idziemy do knajpy, wszędzie leżą koszyczki z ofiarami dla bogów. W jednym zauważyliśmy nawet batona Snickers. Wszędzie kadzidełka i wspomniane koszyczki z ofiarami dla bogów. Ponieważ najczęściej leżą one na chodnikach, trzeba uważać, żeby takich ofiar po prostu nie kopnąć nogą. Kolejny punkt naszej wycieczki, to plantacja kawy, z możliwością degustacji... Mało, że degustacji, jeszcze można było własnoręcznie zrobić sobie skręta. Podejrzewam, że z miejscowego tytoniu. Ta czynność bezlitośnie obnażyła, kto ma doświadczenie, a kto nie... Kilka rodzajów kaw do wyboru. Wszystkie wyśmienite. Do degustacji przewidziana jest również herbata. Możemy zobaczyć jak rośnie, zarówno kawa, jak i inne egzotyczne dla nas rośliny: papryka chili, 'gwiazda betlejemska', która na bali przybiera rozmiar małego drzewa czy wanilia. Zobaczyliśmy też Luwaki, sympatyczne zwierzątka, natychmiast przezwane przez nas 'kawo-srakami'. Tak produkują, podobno najlepsze gatunki kawy - jak je przezwaliśmy... Jedziemy dalej. Obowiązkowy punkt podróży, to sklep z pamiątkami. A raczej hipermarket! Sklep wielkopowierzchniowy z pamiątkami ułożonymi na półkach, niczym majonez, czy ogórki konserwowe!? To może, dla Amerykanów, my te same rzeczy widzieliśmy w trakcie powrotu ze spływu i nic nie zastąpi prawdziwego targowania się z tubylcem. Nic, nawet hipermarket, postawiony gdzieś w dżungli...! Ograniczamy się tylko do kupienia egzotycznych owoców, takich jak słodki czosnek, śmierdziel serowy, kasztan galaretowaty i inne. (to oczywiście nasze robocze nazwy). Ostatnia atrakcja to przystanek na punkcie widokowym, skąd widać, miało być widać, wulkan Gunung Agung i położone pod nim jezioro o tej samej nazwie. Co ciekawe, jezioro to nie ma naturalnych dopływów i powstało tylko z opadów deszczu. Tak zapewnił nas Jacek, zapowiadając sutą kolację, zaraz po przyjeździe do Tulamben, celu naszej podróży. Miało to nastąpić w przeciągu 30 minut. Tu azjatycki luzik osiągnął swoje apogeum, bo jechaliśmy 3,5h. Jakbyście nie wiedzieli, jest jeszcze inna odmiana luziku: egipski luzik, ale o nim możecie poczytać w opisach wypraw do Egiptu. Po długiej i wyczerpującej podróży autobusem niezmiernie przyjemnie było nam zjeść kolację fundowaną przez firmę Nowa-Ama, organizatora naszej wycieczki. Niech żyje Sponsor! Był późny wieczór. Nie ma słów, które opisałyby entuzjazm wszystkich wygłodniałych wycieczkowiczów.

Zostaliśmy zakwaterowanie w Hotelu Mata Hari. Standard hotelu z goła różny od Laghawa, w którym mieszkaliśmy w Denpasar. Najważniejsze, że łóżko było i możliwość wzięcia prysznica. W końcu w pokojach spędzaliśmy tylko godziny poświęcone na sen. Śniadaniem delektowaliśmy się na tarasie z widokiem na morze, a i na spożycie dziennej (zdrowotnej:) dawki whiskey wieczorem też przytulny kącik się znalazł - czego chcieć więcej!? Tulamben jest miejscowością definitywnie inną. Nawet klimat i roślinność wydają się być inne niż na południu Bali. Nie jest to miejscowość turystyczna, więc zarówno atrakcji turystycznych jak i samych turystów właściwe tu brak. A może to właśnie jest atrakcją turystyczną?! Możliwość zobaczenia jak żyją na wyspie jej rdzenni mieszkańcy - jest zdecydowaną atrakcją. Zjedzenie posiłku w małej knajpce na końcu świata - jest atrakcją. Wstanie rano i możliwość obejrzenia stożka wulkanu - jest atrakcją! A jak ktoś chciałby oglądać tylko świat zza okien autobusu, czy przechadzając się wypielęgnowanymi alejkami ogromnego parku przyhotelowego, to niech nie wybiera się na północną stronę wyspy. Tulamben leży u podnóża czynnego wulkanu Gunung Agung , którego ostatnia erupcja miała miejsce w 1963 roku. Balijczycy wierzą, że ten najwyższy na wyspie wulkan (3142 m n.p.m.) jest siedzibą bóstw i demonów. Codziennie składają ofiary, by nie wzbudzić ich gniewu. Plażę tworzą kamienie wulkaniczne o głębokim, czarnym kolorze. Trudno też mówić o plaży, ponieważ jest to 2-3 metrowej szerokości pas kamieni. Przy głównej ulicy są zaledwie cztery sklepy z asortymentem spożywczym i czymś w rodzaju pamiątek oraz trzy całkiem sympatyczne knajpki. Miejscowość cieszy się popularnością przede wszystkim wśród nurków. Główną atrakcja jest wrak zatopionego w 1942 amerykańskiego statku transportowego US Army USAT "Liberty Glo" Wrak spoczywa zaledwie kilka metrów od brzegu.

USAT "Liberty Glo", 120 metrowy statek towarowy został zbudowany w Ameryce w 1915 roku i pływał uzbrojony w dwa działa, podczas II Wojny Światowej. 11 stycznia 1942, kiedy przewoził części do linii kolejowych (railway parts) w pobliżu cieśniny Lombok, został storpedowany przez japońska łódź podwodną I-166. Statek został zaholowany przez holenderskiego niszczyciela HNLMS Van Ghent do wybrzeży Bali. Ponieważ zniszczenia były tak duże, nie możliwa była próba doholowania go do Singaraja, holenderskiego portu i zarazem centrum administracyjnego dla Lesser Sunda Islands, więc został zakotwiczony w Tulamben. Załoga została ewakuowana, ładunek udało się ocalić. W 1963 kiedy to miał miejsce wybuch wulkanu Gunung Agung statek ześlizgnął się z plaży i osiadł na dnie, na głębokości 6-30m. liberty_wreck Wrak spoczywa równolegle do brzegu, wskazując północ i tworzy jedna z piękniejszych w tym miejscu sztucznych raf. W 1997 roku, w wyniku intensywnego zwiedzania przez nurkujących, zarwała się część ładowni. Nie sposób nie myśleć w tym momencie o najsłynniejszym w Egipcie Thislegormie. Niestety to, co przyjemne zwykle szybko się kończy. Dobiegł też końca nasz pobyt na Bali. Ostatni dzień naszego pobytu a tym samym pierwszy dzień naszego powrotu do domu rozpoczęliśmy już o siódmej rano kąpielą w morzu i łapaniem ostatnich promieni egzotycznego słońca. Potem śniadanie zakończone szklaneczką soku ze świeżo wyciskanych owoców i dopakowywanie mokrych kostiumów i pianek. Pierwszy etap podróży powrotnej odbyliśmy autobusem. Jechaliśmy przez mniejsze i większe miasteczka po drogach i dróżkach jakże podobnych do tych, po których poruszamy się w Polsce. No może krajobrazy były nieco inne - pola ryżowe, palmy kokosowe i bananowce, a co jakiś czas grupka roześmianych maluchów w mundurkach zmierzających do szkoły ( a może z - trudno to stwierdzić, ale na pewno idea Długiego Giertycha dotarła tu wcześniej). Po przyjeździe na lotnisko byliśmy bardzo mocno zdziwieni, kiedy po kontroli paszportowej okazało się, że należy jeszcze uiścić opłatę wyjazdową w wysokości 130 tysięcy Wariatów za osobą. Ponieważ poprzedniego wieczoru podczas pożegnalnej kolacji wydaliśmy całą posiadaną gotówkę zaczęło się przeszukiwanie kieszeni i plecaków w celu odnalezienia euro i dolarów zachowanych 'tak na wszelki wypadek'. Nie obyło się bez zamieszania, bo przecież i odprawa już się zaczęła i kantor nie wiadomo gdzie i oczywiście kolejka do kantoru, bo takich jak my zaskoczonych było znacznie więcej. Na szczęście udało się i cały nasz klub znalazł się na pokładzie samolotu.

Zgodnie z planem lotu w drodze powrotnej także mieliśmy kilku godzinną przerwę w locie z postojem w Kuala Lumpur. Zachęceni egzotyką China Town bez większego namysłu wsiedliśmy do kolejki łączącej lotnisko z centrum Kuala Lumpur i ruszyliśmy na podbój miasta. Kuala Lumpur przekładając z malezyjskiego oznacza błotnisty brzeg, jest stolicą Malezji i zarazem jej największym miastem, położonym w środkowej części Półwyspu Malajskiego. Petronas'y Kuala Lumpur tworzy specjalny, wydzielony dystrykt Kuala Lumpur. Jest to enklawa na terenie stanu Selangor. Obecnie Kuala Lumpur to jedno z najszybciej rozwijających się miast Azji Południowo-Wschodniej, z przyrostem gospodarczym powyżej 10% w skali rocznej. Nad centralną dzielnicą miasta wznoszą się wysokie i nowoczesne wieżowce. Miasto boryka się jednak z poważnymi problemami komunikacyjnymi i mimo wybudowania kilku obwodnic ruch kołowy paraliżowany jest przez korki. System transportu publicznego również nie jest rozwinięty należycie do potrzeb miasta. Miasto rozbudowywane jest bez ładu architektonicznego. Obok centralnej dzielnicy miasta z autostradami i wieżowcami, znajdują się dzielnice zamieszkane przez Chińczyków z tradycyjnymi domami i wąskimi uliczkami. Najbardziej znaną ulicą miasta jest Dataran Merdeka, przy której znajduje się gmach Sądu Najwyższego i odbywają się coroczne uroczystości z okazji dnia niepodległości Malezji, transmitowane przez telewizję na cały kraj. Architektów zachęca się do łączenia tradycyjnych stylów azjatyckich i nowoczesności. W taki sposób powstały będące dumą Kuala Lumpur wieżowce: Dayabumi Building (pierwszy drapacz chmur w Malezji), Tabung Haji Building, Menara Telecom (powstały dzięki pracy lokalnego architekta Hijjasa Kasturi) i znane na całym świecie bliźniacze wieżowce Petronas Towers. Tym razem naszym głównym środkiem transportu po centrum miasta była KL Monorail. Jest to prawie dziewięciokilometrowa kolejka z jedenastoma stacjami, uruchomiona w 2003 roku. Na jednym bilecie przejechaliśmy trasę kolejki w dwie strony. Oprócz możliwość podziwiania miasta z wysokości, poruszanie się KL Monorail dawało możliwość znalezienia się w środku codziennego życia tego miasta i jego mieszkańców. Kolejka przemykała pomiędzy budynkami, ponad ulicami i z minuty na minutę rosnącymi korkami. W odróżnieniu od pierwszej wizyty w tym mieście tym razem mieliśmy okazję zobaczyć Kuala Lumpur wieczorem. Stopniowo miasto się rozświetlało i napełniało ludźmi – zarówno mieszkańcami jak i turystami takimi jak my. Po krótkiej objazdówce, tradycyjnie już, wpadliśmy coś przekąsić do China Town. Tym razem było bardziej swojsko i niemalże na środku głównego deptaka zaserwowana nam przepyszne dania (np. suszone żabie udka). Aby uczcić i tym samy podsumować nasze balijskie wojaże chcieliśmy zwilżyć nasze gardła typowym lokalnym piwem, niestety akurat było promocja pewnego znanego europejskiego piwa i bardzo trudno było przekonać kelnera do podania lokalnego trunku. Po długich negocjacjach udało nam się zamówić piwo Tiger! Po kolacji zostało nam jeszcze kilka wolnych chwil, a ponieważ w portfelu zostało jeszcze parę malezyjskich wariatów, udaliśmy się na polowanie na super okazje i wyprzedaże. Po zakupach statystycznie każdy z nas zaopatrzony był w super ekskluzywny zegarek, Panie w torebkę Gucciego lub inny niezbędny gadżet. Z pełnymi brzuszkami i torbami niespodzianek a zarazem pustymi portfelami wróciliśmy na lotnisko i zameldowaliśmy się na pokładzie samolotu lecącego do Londynu. Po trzynastogodzinnej podróży wylądowaliśmy na Heathrow. Ponieważ i tu mieliśmy spędzić kilka godzin, w ramach poznawania różnych kultur zafundowaliśmy sobie typowo brytyjskie śniadanie: bekon, grzanki, ziemniaki smażone i kiełbaska a la zmielona buda chyba nawet bez psa. Pomysłowości anglikom nie można odmówić co do zestawienia tych potraw, natomiast kwestie smaku pozostawimy do indywidualnej oceny. Czas oczekiwania na samolot wypełniony był zajęciami w podgrupach. Był kącik zagłębionych w lekturze, odsypiających zarwaną noc, zwiedzających terminal w celu poznania architektury a także w celach zakupowych. Ostatnia część naszej podróży stanowił lot London Heathrow - Warszawa Okęcie. Na pokładzie samolotu PLL LOT po wystartowaniu i zapoznaniu się z zasadami bezpieczeństwa zostaliśmy poczęstowani typową polska potrawą. Niestety wygląd tego, co znajdowało się w pojemnikach termicznych nie pozwala na zdefiniowanie, co to takiego było. Po niespełna trzech godzinach lotu wylądowaliśmy na Okęciu. I tym razem wszystkie bagaże doleciały. I tak wyprawa na Bali została kolejnym pięknym wspomnieniem uwiecznionym na setkach zdjęć.

    Na koniec przeczytajcie, proszę, tekst hymnu narodowego Indonezji:

  • Indonesia Raya (Wielka Indonezja)


  • Indonezja, mój rodzinny kraj,
  • Moje miejsce narodzin,
  • Gdzie bronię,
  • Mój ojczysty kraj,
  • Indonezja moja narodowość,
  • Mój naród i mój kraj


  • Krzyknijmy:
  • Dla zjednoczonej Indonezji,
  • Niech żyje moja ziemia,
  • Niech żyje mój kraj,
  • Mój naród i wszyscy moi ludzie,
  • Umacniaj ich ducha,
  • Umacniaj ich ciała,
  • Dla Wielkiej Indonezji


  • Refren:
  • Wielka Indonezja wolna i niepodległa
  • Ziemia i kraj, który kocham
  • Wielka Indonezja wolna i niepodległa
  • Niech żyje Wielka Indonezja

powrót do góry

Egipt, CMAS P1 wrz'2008

Przyszedł czas na kolejną wyprawę. Tym razem padło na Egipt - bo niedaleko, bo ciepło, bo żona prezesa z własnej, nie przymuszonej woli postanowiła przekonać się jak to jest oddychać pod wodą – czy to w ogóle jest możliwe?! Z racji tego, że Egipt cieszy się różnorodnym i nadal bardzo bogatym życiem podwodnym, na to właśnie miejsce padł wybór zrobienia kursu. Przygoda rozpoczęła się 23 września wylotem z warszawskiego Okęcia. Wszyscy uczestnicy punktualnie stawili się na lotnisku pod znanym już nam szybowcem. Samolot spóźnił się tylko godzinkę, więc jak na korzystanie z usług Centarlwings to całkiem dobry wynik. Po wylądowaniu w Sharm, z sukcesem wszystkim udało się odebrać bagaże. I tu już na dobre rozpoczęła się nasza egipska przygoda. Ponieważ nasz samolot się opóźnił, nie było już na lotnisku busików, które miały dowieźć nas do hotelu. Przez kolejne dwie godziny Jacek i Piotrek usiłowali zorganizować odpowiednią liczbę przewoźników - nie było to zadanie łatwe, ponieważ gdy jeden dojechał, jeden odjeżdżał i tak w kółko. A potrzebowaliśmy ich osiem! Zasada 'egipskiego luziku' zaczęła działać.

dla niektórych rozpoczęły się prawdziwe wakacje...

Z małym opóźnieniem, ale szczęśliwie udało nam się dotrzeć do hotelu. Rozlokowaliśmy się w pokojach, szybkie odświeżenie w basenie, kolacja i ustalenie reguł obowiązujących podczas pobytu. I na dobre rozpoczęcie urlopu, czas wolny na zwiedzanie okolicy, rozpakowanie walizek etc. Następnego dnia dla niektórych rozpoczęły się prawdziwe wakacje a niektórzy rozpoczęli kurs P1. Części naszego zespołu, która przyjechała na tak zwaną turystykę delektowała się nurkowaniem rekreacyjnym, niczym niezmąconym, całkowicie poddając się luzikowi egipskiemu. Gorzej mieli Ci, którzy zdecydowali się na kurs - wykłady, nauka, ćwiczenia - do późnej nocy, a co gorsza czasem nawet o pustym żołądku. Pierwsze wykłady, pierwsze zanurzenia z instruktorem za rączkę, pierwsze wrażenia. Z każdym dniem umiejętności kursantów P1 rosły. Pływaliśmy w większych grupach, zwiększaliśmy głębokość, robiliśmy coraz więcej ćwiczeń zwiększających bezpieczeństwo przebywania pod wodą. Nadszedł też czas na podziwianie świata podwodnego. Na dalszy plan zeszły obawy związane z obsługą kamizelki, maski i tych innych niezbędnych akcesoriów. W końcu udało się także dostrzec bajecznie kolorowe rybki i niesamowitą podwodną roślinność. relaksacyjny nurkek na Islands... Ciężka praca się opłaciła. Ostatniego dnia pobytu, część świeżo upieczonych nurków P1, oraz pozostali uczestnicy wyjazdu wypłynęli na nurkowanie ze statku na Gabr el Bint. Członkowie Kaukaska-Diving, w tym świeżo upieczony nurek - żona prezesa, udali się na spokojnego, relaksacyjnego nurka na Islands. I to było urocze zakończenie kursu i zarazem całego wyjazdu, nie mówiąc już o emocjonalnym znaczeniu tego nurka - pierwszy nurek z Prezesem Kaukaska-Diving i do tego własnym mężem! Wyjazd zakończył się uroczystą kolacją, rozdaniem książeczek nurkowych i wymianą adresów e-mailowych.

Ostatni dzień tuż przed wylotem poświęcony był po prostu lenistwu - leżenie na leżakach, kąpiel w basenie, drinki, leżenie na leżakach, przekąska, leżenie na leżakach. Ponieważ wylot do Polski zaplanowany był na godzinę 24.oo mieliśmy przed sobą właściwie cały dzień leniuchowania. Także w drodze powrotnej Centralwings nas nie zawiódł i lot opóźniony był o godzinę. Na bagaże dla odmiany czekaliśmy około dwóch godzin, ponieważ jakaś torba zablokowała całą taśmę. Jednak nawet takie wypadki nie zakłóciły naszego dobrego nastroju. Pełni energii egipskiego słońca powitaliśmy pochmurną Warszawę.


powrót do góry